Jak być sędzią na najwyższym poziomie – część 1.

Jonathan Kaplan (RPA) jeden z najbardziej doświadczonych międzynarodowych arbitrów rugby kończy na koniec tego roku karierę sędziowską.
W szczerej rozmowie z Lee Stacem dzieli się swoimi wspomnieniami z 68 międzynarodowych meczy, w których był sędzią.

RN: Właśnie mija 21 lat, które spędziłeś jako sędzia na najwyższym szczeblu rozgrywek. Co było najważniejszym czynnikiem, który pomógł w tak długotrwałej karierze ?
JK: Najważniejszą kwestią jest moja pasja do rugby. Na początku było to tylko hobby, później zrozumiałem, że chciałbym osiągnąć coś więcej. Oczywiście wciąż mam dużo radości związanej
z rugby, ale w tamtym roku przyszła refleksja, że najwyższy czas ustąpić miejsca, gdyż inni również zasługują na swoją szansę.

RN: W tym roku jako pierwszy sędzia doszedłeś do 100 meczy w rozgrywkach Super Rugby, jakie to uczucie zapisać się w historii ?
JK: To był bardzo ważny dla mnie moment. Kiedy startowaliśmy jako pierwsza grupa zawodowych sędziów, obecnie zostało nas tylko dwóch, sędziowaliśmy trzy mecze na rok. Łącznie przez pierwsze cztery lata sędziowałem 13 meczy. Kiedy osiągnięcie setki znalazło się w moim zasięgu, wiedziałem, że już nie odpuszczę. Oczywiście byli inni sędziowie, którzy również mogli wcześniej dojść do setki ale to szczęście akurat spotkało mnie.

RN: Byłeś sędzią w 68 międzynarodowych meczach, które z nich najbardziej zapadły Ci w pamięć ?
JK: Wiele z tych meczy było bardzo ważnych dla światowego rugby. Sędziowałem pierwszy mecz w Pucharze 6 Narodów, kiedy Włosi pokonali Szkocję, mistrza z poprzedniej edycji Pucharu 5 Narodów. Innym ważnym meczem dla mnie był mecz Nowa Zelandia – Australia w 2000 roku, na Cake Tin (forma do ciasta – potoczna nazwa głównego stadionu w Wellington). Obydwie drużyny były wtedy w szczytowych formach, stawką był Bledisloe Cup (trofeum, o które rozgrywki pomiędzy Nową Zelandią i Australią toczą się od 1931 roku) oraz pierwsze miejsce w światowym rankingu. Zostałem wtedy również obrzucony butelkami, Helen Clark (premier Nowej Zelandii) przeprosiła za to zachowanie. Nigdy nie czułem się zagrożony na stadionach, a tamten incydent był wynikiem frustracja dwóch kibiców.

RN: Czy były jakieś drużyny, których sędziowanie na poziomie międzynarodowym dostarczało Ci szczególnej radości ?
JK: Może nie tak bardzo drużyny, ale poszczególni zawodnicy. Najwięcej sędziowałem Nową Zelandię, Australię, Irlandię, Anglię i byłem pod wrażeniem wielu zawodników. Todd Blackadder osiągnął tak wiele, a zawsze był człowiekiem pełnym pokory. Martin Johnson, czy Tana Umaga nigdy nie schodzili poniżej pewnego poziomu, co jest bardzo ważne na boisku. Było wielu innych zawodników, którzy walcząc na boisku, potrafili bez słowa podporządkować się sędziowskim decyzją.

RN: Z drugiej strony, czy trafiali się gracze, którzy sprawiali szczególne kłopoty na boisku ?
JK: W swojej pracy stosowałem określone podejście. Nigdy nie lubiłem “bawić” gadatliwych kapitanów, czy ludzi, którzy niezrozumiale kwestionowali moje decyzje. Zawsze na początku jasno to podkreślałem, dlatego zwalczałem wszelkie próby spowalniania gry oraz zbędne dyskusje. Miałem po prostu mało cierpliwości dla tego typu zachowań.

RN: Jak sądzisz, czego najbardziej będzie Ci brakować po zakończeniu międzynarodowej kariery.
JK: Jedną z największych radości była możliwość podróżowania po całym świecie i poznawanie różnych kultur. Na pewno będzie mi brakować możliwości oglądania najlepszych meczy świata
z “pierwszego rzędu” tak jak do tej pory, przez całą moją karierę. Mógłbym to jeszcze pociągnąć przez następny sezon, ale zdecydowałem, że teraz już nadszedł ten czas. Wyjazdy nie dają już takiej radości
i chcę więcej czasu spędzać z bliskimi. Będę jeszcze sędziował mecze klubowe i szkolne, na pewno zatęsknię za tym dreszczykiem emocji, jaki jest podczas pracy na najwyższym poziomie rugby.

RN: Zawsze podkreślałeś, że podczas meczu starasz się stworzyć jak najlepsze warunki do gry. Czy ogłoszenie zakończenia kariery wiąże się z brakiem dalszej możliwości utrzymania Twojej pracy na najwyższym poziomie ?
JK: Zawsze wierzyłem, że swoimi decyzjami mogę wpłynąć na polepszenie obrazu gry. Starałem się zdobyć zaufanie ludzi do moich decyzji, nie zależało mi na ich sympatii, ale na wiarze w poprawność moich rozstrzygnięć. Po ostatnim Pucharze Świata zostałem odsunięty od meczy międzynarodowych, trudno było się pogodzić z tą decyzją. Oczywiście wciąż mogę pracować na poziomie prowincji, mam obecnie 46 lat, inny najstarszy sędzia w Super Rugby ma 42 lata. Nie mogę się skarżyć i cieszę się, że mam taką możliwość.

RN: Byłeś sędzią podczas czterech Pucharów Świata, ale nigdy nie byłeś głównym podczas finału, czy jest, czego żałować ?
JK: Nie tak bardzo, nigdy nie starałem się definiować mojej kariery przez pryzmat jednego meczu. Nie miałem takiej okazji, ale zawsze starałem się czerpać radość z innych meczy, nie tylko ze względu na ich poziom. W 2009 sędziowałem mecz Japonia – Fidżi, pomyślałem w trakcie, że mecz jest generalnie słabym widowiskiem. Zawodnicy Fidżi w ostatnim momencie wyszli na prowadzenie 40-39 i ostatecznie zwyciężyli. Radość tych zawodników i to jak wiele znaczyła dla nich ta wygrana, były dla mnie również ogromną przyjemnością.

RN: Gdyby RPA w 2007 nie weszło do finału, miałbyś szansę na głównego arbitra finału ?
JK: Prawdopodobnie tak. Arbitrem finału został Alain Rolland, który bardzo dobrze sobie radził w ciągu całego turnieju. Nigdy nie twierdziłem, że zasługuje na finał, bycie najlepszym jest bardzo subiektywne. To tak jak z aktorami, na pytanie, który jest najlepszy, każdy wskaże kogoś innego. W 1999 roku byłem trochę rozczarowany (był arbitrem liniowym). W 2003 i 2007 miałem prawdopodobnie najlepsze okazje, ale nie zadziałały z różnych powodów. Jesteśmy zależni od selekcji przedstawicieli IRB, po 1999 roku zawsze miałem uczciwe szanse i dlatego nie mogę narzekać.

RN: Wiedząc, że to jest Twój ostatni sezon, dodatkowo bez presji meczy międzynarodowych, czy czujesz, że będzie w tym jeszcze jakaś radość ?
JK: To jest obecnie mój główny cel. Czułem presję przez wiele lat i zawsze starałem się się jak najlepiej wykonywać moją pracę. Nie udało mi się uchronić od błędów i nie jestem z tego powodu dumny. Ale jednocześnie jestem dumny, że przyznaje się do tego, że popełniałem błędy, bo każdy jest człowiekiem. Ten rok będzie dla mnie swego rodzaju pożegnaniem ze stadionami i drużynami, które tam występują, oczywiście z punktu widzenia mojej pracy, jako sędziego. To była wspaniała przygoda i jest mi przykro, że już wkrótce się zakończy. Z drugiej strony czuję częściową ulgę, ze względu na odejście presji, która była nieodłącznym towarzyszem w mojej pracy.
Wreszcie będę mógł zająć się tymi wszystkimi rzeczami, które odkładałem przez te lata.

Tłumaczył Rafał.

Rugby News